aktualność:

zdjęcie Nowe koty i nowe problemy.

Po śmierci naszych kotów przychodzą następne.

Po śmierci naszych kotów przychodzą następne. Szukają jedzenia i schronienia, jak każdego roku- to dla nas niekończący się problem. Wiadomo że nie przychodzą tu koty zdrowe, szczęśliwe i śliczne.
Zaczynają się znowu sterylizacje, leczenie, badania, testy.

W najwiękrze upały latem 2016 roku uratowaliśmy siedem malutkich kotków umierających w krzakach. Potem przyszedł duży łagodny kot na nasz taras, jak by prosił o pomoc, z ogromną brudną, krwawiącą, rozdrapaną raną na całej szyi. Widok był przerażający. Lekarze ustalili, że rana jest na tle uczuleniowym, pokarmowym. Ustalili dietę (HYPOALLERGENIC). Zaczęło się długotrwałe leczenie. Nie mogliśmy dać rady. Ranę rozdrapywał, musiał dostać wspomagający steryd. Stan się poprawił. Ciągła zmiana opatrunków oraz uszyte ubranko-golfik sprawiły, że rana u Michaśia w tej chwili prawie zagojona.

W grudniową noc i wielki mróz przyszedł brudny kot. Bruduś- biedna, prawdziwa głodna, nieszczęśliwa kocia bieda. Serce pękało na jego widok. Nie był to dziki kot, najprawdopodobniej wyrzucony z domu.

Potem następny Bambiś, zupełnie domowy, rozpieszczony, bardzo głodny, wszedł do letniego domku, pojadł i położył się w skrzyneczce z pachnącym sianem. Na mój widok nie uciekał.
Teraz jest już w domu. Odrabia zaległości, siedzi cały czas przy misce z jedzeniem.

Od jesieni 2016 przychodził do nas rudy duży kot. Nie widzieliśmy go nigdy z bliska. Szanse na złapanie go były małe.

 Miesiąc temu wolontariuszki ustawiły w lesie obok naszego domu wielką klatkę- łapkę, aby złapać suczkę Eko, która uciekła z transportu z Ukrainy. Zamiast suczki Eko w bardzo mroźną noc (-20C) w czwartek 2 lutego złapał się rudy kot, chyba ten który do nas przychodził. Miał wielkie szczęście! Idąc na spacer z naszymi psami późno wieczorem zauważyliśmy kota w klatce. Nie przeżył by tej mroźnej nocy uwięziony w klatce. Jest bardzo wystraszony, agresywny i bardzo ładny.

Ratujemy wszystkie bezdomne koty ogromnym kosztem naszego czasu. Bez przerwy jeździmy do lekarzy. Robimy to jak zawsze przez lata. Dziesiątki badań, testów na białaczkę (zawsze uważamy za konieczne), przeprowadzamy jak potrzeba wiele skomplikowanych operacji, sterylizujemy.

Najgorsze jest to,że uratowane koty zostają u nas. Jest ich zwsze dużo. Często mają na stałe schorzenia, są dzikie, agresywne lub stare ale żyją i są bardzo szczęśliwe.
Dziękujemy lekarzom, którzy robią wszystko, żeby nam pomóc tatować nasze "biedy".

<< wróć