60 kotów Pani Urszuli.

Urszula Mikołajczyk, łódzka plastyczka i malarka, wybudowała pod Zgierzem piękny dom, aby zapewnić godne warunki życia 60 chorym mruczkom. Tutaj mają raj na ziemi- mówi o nowym miejscu do życia.

Ostoja w lesie

Do ukrytego w lesie domu niełatwo dotrzeć. Za Zgierzem, gdy odbijamy w lewo, droga z asfaltowej zmienia się w polną. Na horyzoncie giną nam ostatnie gospodarstwa. Myli się nawet GPS.

-Szukałam takiego miejsca przez dla lata- opowiada pani Urszula, filigranowa szatynka, która dosłownie kipi energią i radością życia.

Dom, który wybudowała razem z mężem, wybitnym naukowcem, ma 230 metrów kwadratowych powierzchni. Połowę, z osobnym wejściem, wolierą i letnim drewnianym domkiem, zajęły koty. W drugiej mieszkają państwo Mikołajczykowie.

Buraski wygrzewają swe pełne kształty w ostatnich promieniach słońca. Gdy patrzy się na ich lśniące futerka i figle w oczach, trudno uwierzyć, że mają za sobą ciężkie przejścia.

Nie ma kotów rasowych z kokardkami, takich jakie dumni właściciele prezentują na wystawach- mówi plastyczka. - Do mnie trafiły schorowane biedy, takie, co nie mogły stanąć o własnych siłach na czterech łapkach. Tuszynkę znaleźliśmy z mężem przy szpitalnym śmietniku w Tuszynku. Wycieńczona, wymizerowana, bardziej przypominała wyżętą szmatkę niż kotkę, jaką jest dziś. Biedka jest sparaliżowana, cały czas walczymy o jej życie. Rudasek umiera, bo nerki przestają mu pracować. Trzy inne koty chorują na białaczkę- opowiada dalej.

Przeżywam chorobę każdego z ich, dlatego życie czasami wydaje mi się takie ciężkie.

Pani Urszula wstaje codziennie o świcie. Myje kuwety, karmi koty, sprząta ich dom. Śniadanie je o godzinie 14, a potem jedzie z chorymi futrzakami do weterynarza. Patrząc, jak się im poświęca, aż trudno uwierzyć, że zaczęła się nimi opiekować przez przypadek. Dokładnie 30 lat temu odnosząca sukcesy i nagradzana za swoje obrazy i kolekcje mody artystka przy śmietniku znalazła malutkiego, głodnego kotka. Nie mogła go tak zostawić, zabrała do domu. Potem pojawiły się w nim następne- niewidome, okaleczone. Ratowanie tych biedactw stało się ważnym, chyba najważniejszym w jej życiu.

-Dla nich zrobiłam prawo jazdy- mówi ze śmiechem pani Urszula. - Teraz nie muszę czekać, aż mąż wróci z pracy, tylko mogę natychmiast, gdy jest taka potrzeba, wsiąść do auta i pojechać do weterynarza.

Mówi, że wrażliwość na krzywdę zwierząt obudził w niej tata, nauczyciel spod Kalisza.

-Codziennie wieczorem chodziliśmy razem na spacer z wiadrem wody- wspomina. -Tatuś nalewał ją do miseczek wszystkich psów i kotów na wsi, zarówno bezdomnych, jak i tych, co miały swoich panów. „Ludzie siedzą w domach, kolacje jedzą, duchota straszna” - tak wtedy do mnie mówił – „a psom kropli wody nie dali”.

Pani Urszula nie oddaje wyleczonych przez siebie mruczków. Przed laty przekonała się, że w ten sposób im nie pomoże.

-Kiedyś oddałak kilka, a po kilku tygodniach odwiedziłam tych, co je wzięli. Kotów już nie mieli. Beztrosko tłumaczyli, że gdzieś sobie poszły- wspomina z bólem. Urszula Mikołajczyk martwi się, co się stanie z jej podopiecznymi, gdy zabraknie jej sił. Dlatego też założyła fundację, która- jak ma nadzieję – nie pozostawi ich bez opieki, kiedy jej zabraknie.

Tekst: Liliana Bogusiak-Jóźwiak