Kot ze wsi.

Dalszy ciąg historii o dużym białym kocie (nazwaliśmy go Tomuś), który przywędrował z pobliskiej wsi "za chlebem", za lepszym życiem i znalazł wszystko. Tomuś miał szczęście!

Przeprowadziłam w okolicy wywiad i już wiem że urodził się jak dziesiątki innych kotów w oborze byłego sołtysa. Tu na wsiach koty są niczyje. Żyją strasznie: głodzone, chore, zarobaczone i rodzą się w kółko. Jeżeli gospodarze zauważą w porę, likwidują całe mioty, żywcem zakopując. Jeżeli koty są większe i już widzą, wykopują większe doły i tam wrzucają. Potworne okrucieństwo jest tu na porządku dziennym. Nic się nie zmieniło-nic od lat. 
Nie chcą rozmawiać, nawet słuchać o sterylizacji. Ten temat ich nie interesuje. 
Jestem przerażona!
W naszym domku letnim otwartym, znikają ogromne ilości jedzenia. Koty przychodzą w nocy. 
Jeżeli porozmawiają ze sobą wszystkie z pobliskich wsi i przeniosą się do mnie? Bo będzie dalej?